Pomorze Gdańskie i Warmia na rowerze

Pierwsza wielodniowa podróż na rowerze od siedmiu lat i jednocześnie pierwszy dłuższy tekst na tej stronie. Pięciodniowa wycieczka rozpoczęła się w Gdyni, a zakończyła w Iławie.

Pomysł na moją pierwsza podróż tych wakacji zrodził się dość spontanicznie. W odróżnieniu od poprzednich czterech lat, w tym roku nie planowałem jechać na Open’era ze względu na bardzo niezadowalającą obsadę dwóch ostatnich dni. Innym powodem była niechęć do nadmiernych wydatków spowodowana chwilowym brakiem dochodów. Ale im bliżej rozpoczęcia festiwalu, tym bardziej mnie te koncerty kusiły. W końcu zdecydowałem się na pierwszy dzień, kiedy to na głównej scenie festiwalu grali kolejno Noel Gallagher’s High Flying Birds, Nick Cave & The Bad Seeds i Arctic Monkeys, a w namiocie dodatkowo Bluszcz, Tęskno, Kortez, Fleet Foxes (ich koncert niestety ominąłem) i Chvrches. Wziąłem ze sobą rower i postanowiłem wyruszyć w trasę już w czwartek, tuż po środowych koncertach.

Pakowałem się w nocy, więc niedobór snu towarzyszył mi przez cały festiwalowy wieczór. Dobrze bawić mógłbym się więc dopiero drugiego dnia, ale wtedy już wyruszałem w podróż wzdłuż wybrzeża. Rozbudził mnie szczególnie koncert Nicka Cave’a, który bardzo pozytywnie mnie zaskoczył. Nastawiałem się jednak szczególnie na koncert Arctic Monkeys – zespołu, z którego muzyką jestem zżyty od samego początku ich działalności. Ostatni raz widziałem ich na żywo na tej samej scenie dziewięć lat temu. Tamten występ nie zachwycił. Przyćmiły go problemy z nagłośnieniem i duża liczba nowych kawałków, z płyty „Humbug”, która światło dzienne ujrzała dopiero trochę ponad miesiąc później. Tym razem nie stałem już tak jak wtedy pod samą sceną i nie dusiłem się z powodu braku powietrza, tylko podobnie jak na innych ważnych koncertach w ostatnich latach – bardzo daleko od sceny, skupiając się na muzyce. Koncert był perfekcyjny i w zupełności zaspokoił mój koncertowy głód, przynajmniej na jakiś czas.

Spałem na polu namiotowym położonym niedaleko terenu festiwalu, choć i tak dojście do namiotu zajęło mi 50 minut. Miałem za to namiot w cieniu, więc mogłem spać do 11. W stronę Gdańska wyruszyłem jednak dopiero o 16. Najpierw udałem się do centrum Gdyni, a potem jechałem wzdłuż wybrzeża. Zjadłem na obiad rybę w jednej z gdyńskich smażalni. Przejechałem przez zielone i pagórkowate tereny Kępy Redłowskiej, minąłem doskonale znaną z pierwszych wyjazdów na Open’era plażę i molo w Gdyni Orłowie, po czym ubitą ścieżką przejechałem przez Sopot, by dojechać w końcu do Gdańskiego Brzeźna, gdzie mogłem wreszcie trochę dłużej napatrzyć się w morze oraz na kopiec Westerplatte. Początkowo miałem dojechać aż do Stegny, ale ponieważ robiło się późno, wiedziałem już, że to się nie uda. Ustaliłem więc, że zanocuję na campingu Orlinek na Wyspie Sobieszewskiej. Przejechałem przez znane mi dość dobrze centrum Gdańska, a później trzymałem się już głównie drogi wylotowej 501. Na miejsce dotarłem tuż po zmroku.

Kolejny dzień rozpocząłem od wycieczki do rezerwatu Ptasi Raj położonego przy ujściu Wisły Śmiałej do Zatoki Gdańskiej. Pokręciłem się trochę w okolicy. Wszedłem na dwie wieże widokowe i przejechałem się ścieżką dydaktyczną, by na koniec zejść na chwilę na plażę. Stamtąd udałem się leśnymi drogami do Świbna, na drugi koniec wyspy, skąd przepłynąłem promem do Mikoszewa. Nie miałem z góry ustalonego planu odnośnie noclegu. Postanowiłem, że zjem obiad w Kątach Rybackich. Obawiałem się, że cały ten odcinek będę musiał pokonywać dość ruchliwą szosą, jednak po wjechaniu w las tuż przed miejscowością Junoszyno, wjechałem na utwardzoną leśną drogę, którą dojechałem do Sztutowa, a prawdopodobnie mógłbym dojechać i do samych Kątów Rybackich. Po obiedzie postanowiłem kontynuować trasę wzdłuż wybrzeża i wjechałem na Mierzeję Wiślaną. Pierwotny plan zakładał dojechanie aż do Piasków – jeśli nie jeszcze tego dnia wieczorem, to następnego dnia. Zostałem jednak w Krynicy Morskiej na campingu. Wieczorem wraz z innymi gośćmi kempingu, obejrzałem tam mecz piłkarskich Mistrzostw Świata Brazylia – Belgia. Później udałem się na plażę, gdzie wreszcie mogłem siedzieć do woli, jedząc gofra, pijąc piwo i patrząc w morze.

Następny dzień rozpoczął się dla mnie od podróży promem do Tolkmicka przez Zalew Wiślany. Nie była to może najtańsza opcja wydostania się z Krynicy Morskiej, ale prawdopodobnie jedyna, która umożliwiała nie wracanie tą samą drogą. Promy z Piasków do Fromborka podobno nie kursowały, więc odpuściłem sobie wycieczkę pod samą granicę z Rosją. W Tolkmicku wypiłem kawę i zjadłem ciastko, a następnie ruszyłem szlakiem Green Velo w kierunku Fromborka. Szlak zachwycał mnie od samego początku. Drogi były zupełnie puste i świetnie się po nich jechało. Nawierzchnia była czasem asfaltowa, czasem szutrowa, choć zdarzały się też drogi ułożone były z betonowych płyt. Szuter pozostawiał jednak trochę do życzenia, bo kamyki momentami były zbyt duże. Gdy tylko odjechałem kawałek od Zalewu, wyjeżdżając na otwarte przestrzenie czułem spokój i bliski kontakt z przyrodą. Brakowało mi tego wcześniej, podczas przemierzania terenów miejskich i chętnie odwiedzanych przez turystów.

Jednak dość szybko mój spokój został zmącony przez defekt sprzętu. Powietrze w tylnym kole uszło zupełnie i trzeba było wymienić dętkę. Na szczęście zdarzyło się to w niedalekiej odległości od Miejsca Obsługi Rowerzystów, których to na trasie Green Velo jest sporo, dzięki czemu mogłem skorzystać z ławek i stolika. Straciłem sporo czasu i wiedziałem już, że nie dojadę na obiad do Braniewa. Wciąż jednak miałem szansę dojechać tam na nocleg. We Fromborku zorientowałem się, że z przedniej dętki również uchodzi mi powietrze. Podczas obiadu podjąłem więc decyzję o pozostaniu na noc na kempingu we Fromborku. Nie czułem się komfortowo z tą decyzją, bo przejechałem tego dnia na rowerze niewiele ponad 30 kilometrów, ale przynajmniej miałem pewny nocleg. Załatałem dętkę i udałem się do miasta na zakupy. Załapałem się dzięki temu na końcówkę występu wokalnego rosyjskiego koła gospodyń wiejskich na rynku. Na kempingu z kolei, obejrzałem mecz Rosja – Chorwacja.

Kolejny dzień stał pod znakiem nadrabiania straconych kilometrów. Wiedziałem już, że nie uda mi się dojechać tego dnia do miejscowości, z której będę miał pociąg bezpośredni do Warszawy, a taki był pierwotny plan. Pojechałem więc dalej szlakiem Green Velo w stronę granicy z Rosją. Dotarłem do Nowej Pasłęki, gdzie mogłem po raz ostatni podczas tej wyprawy spojrzeć na Zatokę. Trasa wałem wzdłuż rzeki Pasłęki do Braniewa była z pewnością jednym z najbardziej malowniczych etapów mojej trasy. Przemierzałem więc dalej rejony Warmii, podziwiając ceglane budowle z czasów pruskich, jakże odmienne od tych, które napotyka się w innych rejonach Polski. Zjechałem ze szlaku Green Velo przed Pieniężnem, udając się w stronę Ornety. Dość szybko odczułem różnicę, która przejawiała się gorszą nawierzchnią i wzmożonym ruchem samochodowym. W Ornecie zjadłem obiad, zaopatrzyłem się w jedzenie na kolację i odbyłem rozmowy z miejscowymi bywalcami sklepów monopolowych. Niestety podczas całej mojej podróży bardzo rzadko zdarzało mi się porozmawiać z kimkolwiek innym.

Za Ornetą postanowiłem zboczyć z głównej drogi i była to świetna decyzja. Opuszczony PGR i zabytkowy pałac w miejscowości Bogatyńskie doskonale wkomponowały się w te prowincjonalne pejzaże. Ścieżki rowerowe w gminie Godkowo wiodły leśnymi drogami, często wybrukowanymi i piaszczystymi. Dodatkowo teren był mocno pofałdowany, podobnie jak we wcześniej pokonywanych rejonach Warmii. Mijałem osobliwe wsie, w których widać było elementy pewnego ładu i uporządkowania, tak ciężkie do odnalezienia w innych rejonach kraju. Wszechobecne były bocianie gniazda, ale poza ptakami i nielicznymi stadami krów, zwierząt napotkałem stosunkowo niewiele – właściwie tylko jedną sarnę i jedno zwierzę widziane z oddali – prawdopodobnie borsuka.

Gdy zacząłem zbliżać się do jeziora Narie, pojawiły się nagle komary w dużych ilościach. To w połączeniu z późną porą, brakiem pewności co do noclegu i licznymi piaszczystymi podjazdami, sprawiało że miałem już coraz bardziej dosyć tej trasy. Liczyłem na to, że znajdę pole namiotowe nad jeziorem Narie i nie przeliczyłem się. Musiałem jednak dojechać aż na sam koniec półwyspu po drugiej stronie jeziora, w okolicy miejscowości Kretowiny. Jak się okazało, teren ten jest popularnym miejscem wypoczynkowym i jest tam wiele hoteli i pensjonatów. Było też kilka barów otwartych do późna, dzięki czemu nie było problemów z kupnem piwa. Jakże zasłużonego po 110 km jazdy. Gdy dotarłem na miejsce było tuż przed 22.

Ostatni dzień nie był już tak atrakcyjny jak poprzednie. Krajobraz był coraz bardziej monotonny i już nie tak atrakcyjny przyrodniczo. Chciałem dojechać do Iławy, skąd regularnie odjeżdżają pociągi do Warszawy. Zatrzymałem się na kawę i lody w kawiarni w Miłomłynie. Porozmawiałem chwilę z miejscowym, po czym ruszyłem w stronę Iławy. Za miejscowością Boguszewo wjechałem w las, po czym przejechałem przez okolice Rezerwatu Przyrody Jezioro Iłgi. Stamtąd kierowałem się w kierunku jeziora Jeziorak, łapiąc po drodze ścieżkę rowerową, która wiodła wzdłuż zupełnie nieuczęszczanej drogi – raz z jednej, raz z drugiej strony. I w ten oto sposób dotarłem do Iławy, dość często przeze mnie odwiedzanej w ciągu ostatnich kilku lat. W sumie przebyłem ok. 350 km w 5 dni, co zważywszy na dość odpoczynkowy charakter wyjazdu i napotkane po drodze przeciwności losu, jest całkiem niezłym wynikiem, jak na pierwszy wielodniowy wyjazd z sakwami od siedmiu lat.

Galeria zdjęć z wyjazdu

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *