Rowerem wzdłuż Wisły – Mazowsze i Kujawy

Miałem niewiele czasu na przygotowanie się do wyjazdu. W sobotę koło Brodnicy miała się odbyć impreza rodzinna. Chciałem tam dojechać na rowerze z Warszawy. Trasa miała wieść najpierw przez Kampinoski Park Narodowy, następnie wzdłuż Wisły do Gostynińsko-Włocławskiego Parku Krajobrazowego. Potem znów wzdłuż Wisły, Nadwiślańskim Szlakiem Rowerowym do ujścia Drwęcy. Następnie wzdłuż Drwęcy i na miejsce przez wsie w okolicy Brodnicy.

Była to trasa w sam raz na cztery dni, a ja zamierzałem przejechać ją w trzy. Założyłem, że wyjadę w środę rano, ale gdy już było pewne, że to się nie uda, postanowiłem pojechać popołudniowym pociągiem do Sochaczewa. Jedyna mapa, którą wziąłem była mapą Puszczy Kampinoskiej. Początkowy plan zakładał jazdę południowym odcinkiem Kampinoskiego szlaku rowerowego. Jadąc z Sochaczewa miałem dojechać do niego w Żelazowej Woli. I to się udało, jednak już wtedy jechałem z przebitą dętką. Postanowiłem jednak wymienić ją dopiero w miejscu noclegu, a plan zakładał, że przejadę ok. 70 km.

Trzymając się planu, jechałem raz na jakiś czas dopompowując dętkę. Do Brochowa dojechałem trochę bardziej okrężną drogą w stosunku do pierwotnych planów, podjeżdżając pod obrzeża Puszczy we wsi Sianno. W Brochowie byłem trochę przed zmierzchem, dzięki czemu mogłem jeszcze podziwiać urokliwe łąki nad rzeką Bzurą. Postanowiłem zjechać ze szlaku rowerowego w celu odwiedzenia miejsca pamięci w miejscu przeprawy wojsk polskich w Bitwie nad Bzurą. W tym miejscu wyjechałem poza moją mapę i udałem się drogą w kierunku Wyszogrodu.

Po jakimś czasie nawierzchnia drogi, która z początku była asfaltowa, zmieniła się w nieprzyjemną tarkę. I to pomimo, że droga była oznakowana jako szlak rowerowy. Tego moja dętka już nie wytrzymała i było jasne, że 70 km już nie przejadę. W tym czasie zrobiło się ciemno i zacząłem poszukiwania awaryjnego noclegu. Tuż przed miejscowością Kamion Mały, zjechałem z szosy piaszczystą drogą kawałek w kierunku Bzury. Minąłem po drodze myśliwego na motorze, który najwyraźniej dopiero co zakończył swoje polowanie w tym rejonie. Pojechałem kawałek wzdłuż wału i w pierwszym miejscu, w którym było to możliwe zjechałem na łąkę. Z miejsca, w którym rozbiłem namiot rozpościerał się widok na rozległe łąki wzdłuż Bzury. Było też słychać rozmowy ludzi dobiegające z położonych nieopodal domostw, które przeplatały się z odgłosami dzikich zwierząt. Noc była jednak bardzo spokojna.

Warto było wstać o świcie, by ujrzeć mgły przykrywające całą łąkę. Nie było ich już gdy zwijałem namiot i wymieniałem dętkę. Zamierzałem tego dnia przejechać grubo ponad 100 km, żeby zachować szanse na dojechanie na miejsce następnego dnia przed nocą. Jako cel obrałem kemping w Ciechocinku. Z perspektywy kolejnego dnia cel ten był bez sensu, bo w tamtych rejonach powinienem jechać już z drugiej strony rzeki. Jednak dawał on nadzieję na zaznanie trochę wygód wieczorem, co przez cały dzień podnosiło mi morale. Było to konieczne, bo bazować musiałem na mapie w telefonie z baterią, która już nie raz mnie zawiodła.

Na początku skierowałem się w miejsce, w którym Bzura wpływa do Wisły. Następnie, po przekroczeniu Drogi Krajowej nr 50, zacząłem jechać wzdłuż wału wiślanego. Trasa była bardzo przyjemna. Trzymając się oznakowanej ścieżki rowerowej, po jakimś czasie odjechałem trochę od wału, by jechać asfaltową drogą przez nadwiślańskie wioski. W ten sposób dotarłem do Dobrzykowa. Dalej jechałem bazując już na mapach ściągniętych na telefon.

Jezioro Górskie znałem już z zeszłorocznego firmowego wyjazdu integracyjnego, a Jezioro Lucieńskie – z weekendowego wyjazdu w lutym tego roku. Pomiędzy nimi leżało Jezioro Białe, w okolicach którego minąłem kilka barów i sklepów. Same jezioro jednak widziałem tylko przez chwilę, z oddali. Cały czas starałem trzymać się ścieżek rowerowych. Za miejscowością Lubaty odbiłem jednak trochę na północ, chcąc skierować się w stronę Wisły. Ponieważ leśne drogi zaczęły się robić zbyt piaszczyste, wybierając drogi postanowiłem kierować się ich jakością. W ten sposób dość szybko znalazłem dobrą drogę, która wiodła w kierunku północnym. Dojechałem nią do nadwiślańskiej szosy w miejscowości Dobiegniewo, gdzie zjadłem obiad w przydrożnym barze.

Dopiero tam zacząłem nakierowywać się na Wiślańską Trasę Rowerową, którą jak się okazało minąłem w okolicach osady leśnej Ruda. Pierwsze zetknięcie z trasą rowerową było dość pozytywne, choć z czasem dawało o sobie znać jej słabe oznakowanie. Kilkakrotnie zawracałem w celu upewnienia się czy jadę dobrą drogą. Kilka kilometrów przed Włocławkiem złapała mnie ulewa. Ponadto zbliżał się wieczór, co powodowało, że jazda stawała się coraz bardziej nieprzyjemna i coraz trudniejsza orientacyjnie.

W końcu dojechałem do Włocławka. Na jakiś czas przestało padać, więc postanowiłem przejechać przez miejscowość i jechać dalej drugą stroną Wisły, aż do napotkania dogodnego miejsca na nocleg. Problem polegał jednak na tym, że rozładował mi się telefon z mapami i było już zbyt późno żeby kupić mapę. W samym Włocławku kilkukrotnie gubiłem szlak rowerowy, którego oznakowanie wciąż pozostawiało wiele do życzenia. Po konsultacji telefonicznej dojechałem wreszcie do samego centrum miasta, gdzie mogłem podziwiać nadwiślańskie bulwary i rynek z oświetloną fontanną. Wtedy jednak znów zaczęło padać. Udałem się więc do miejskiego parku, który okazał się na tyle duży, że postanowiłem rozbić namiot w krzakach między alejkami.

Wstałem trochę po piątej i słyszałem już głosy ludzi spacerujących po parku. Zwinąłem namiot, zjadłem śniadanie i przejechałem mostem na drugą stronę Wisły. Stamtąd pojechałem Wiślaną Trasą Rowerową na północny-zachód. Trasa wiodła na początku głównie asfaltowymi drogami. Za Bobrownikami skręciła jednak w lewo, w leśną drogę w stronę Wisły. W pewnym miejscu nawierzchnia zmieniła się w usypaną z średniej wielkości kamyczków. To było zabójcze dla mojego roweru. Kolejne trzy godziny spędziłem na szukaniu dziur i przylepianiu kolejnych łat na dętce.

Później czekał mnie jeszcze odcinek drogi z betonowych płyt. Dopiero w okolicach Osieka rozpoczęły się ścieżki rowerowe. Jechałem jeszcze kilka kilometrów, raz na jakiś czas dopompowując powietrze w dętce. Trochę za miejscowością Grabowiec już nie byłem w stanie jechać. Zużyłem wszystkie łaty, a powietrze schodziło już zbyt szybko żeby jazda miała jakikolwiek sens. W Złotorii, pod samym Toruniem, zrobiłem sobie obiad i poczekałem na mamę, która jechała na tę samą imprezę tego dnia wieczorem z Warszawy.

Nie udało mi się więc zrealizować planu, który dalej zakładał jazdę wzdłuż Drwęcy. Ten odcinek jednak wciąż pozostaje do pokonania w przyszłości, podobnie jak trasa z Warszawy do Sochaczewa.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *