Podlasie na rowerach: wzdłuż Bugu i wschodniej granicy

Odkrywania nieznanych rejonów Polski ciąg dalszy. Wzdłuż Bugu, granicą województw mazowieckiego i podlaskiego, dotarliśmy prawie do granicy z Białorusią, w okolice Puszczy Białowieskiej.


Planowania nie było zbyt wiele. Dzień przed wyjazdem kupiłem mapę obejmującą obszar Parku Krajobrazowego Podlaski Przełom Bugu oraz mapę województwa lubelskiego. Okazało się, że ta druga w ogóle nie była potrzebna, bo po dotarciu do Mielnika pojechaliśmy w kierunku północnym. Wybraliśmy pociąg, który odjeżdża z Centralnego o godzinie 11:10. Jechał on wprawdzie do Gdyni, ale zatrzymywał się m.in. w Czyżewie. Nigdy wcześniej nie słyszałem o tym mieście, dlatego było to odpowiednie miejsce na rozpoczęcie wycieczki.

Stacja kolejowa była mocno zaniedbana, albo po prostu wyglądała jak wszystkie polskie stacje dekadę temu. Zamiast wjeżdżać do centrum, udaliśmy się na południe w kierunku miejscowości Nur. Gdy tylko odjechaliśmy od głównej drogi, wjechaliśmy w rozległe pola kukurydzy i od razu można było poczuć klimat mazowieckiej wsi. Wprawdzie Czyżew leży w województwie podlaskim, ale przez pierwszą część dnia przemierzaliśmy wyłącznie tereny województwa mazowieckiego.

Upalna pogoda nie ułatwiała jazdy. Dość szybko dojechaliśmy do Bugu. W miejscowości Nur uwagę przykuła malownicza zabudowa rynku. W tamtych rejonach dotarcie nad sam Bug wiąże się z zejściem ze skarpy. Znaleźliśmy schodki i pomost w miejscu, w którym droga na Ciechanowiec odbija na północ. Po krótkiej przerwie kontynuowaliśmy trasę wzdłuż Bugu. Chcieliśmy jak najszybciej dojechać do Drohiczyna, jednak brak mapy tych rejonów i niechęć do nieustannego sprawdzania pozycji przy użyciu GPS-a, sprawiły że dotarliśmy do Ciechanowca.

W Ciechanowcu skusiło nas Muzeum Rolnictwa. Wprawdzie było już za późno na wycieczkę z przewodnikiem, więc tylko przeszliśmy się po skansenie. Oprócz ogromnej ilości drewnianych chat ze strzechą, młyna i wiatraka, wrażenie zrobiły na nas hodowane tam króliki rasy baran francuski, żurawie koroniaste oraz pawie. Jak się później okazało, nadłożenie przez nas drogi pozwoliło nam uniknąć deszczowych chmur, które akurat krążyły po okolicy.

Do Drohiczyna dotarliśmy gdy już powoli zmierzchało. Szczególnie malowniczy był odcinek czerwonego szlaku, którym wjeżdżaliśmy do miasteczka od zachodu. Po dotarciu na rynek postanowiliśmy kierować się w stronę przystani kajakowej z nadzieją, że uda nam się tam rozbić namiot. Gdy dotarliśmy do Bugu, ludzie nakierowali nas na pole namiotowe. Zastaliśmy tam grupę młodzieży, która była pod opieką księdza, w tamtym momencie nieobecnego. Za ich przyzwoleniem rozbiliśmy namiot i zaczęliśmy myśleć o obiadokolacji. W tym momencie przyszedł ksiądz i powiedział nam, że musimy się wynieść, bo na terenie pola namiotowego może przebywać tylko on i jego grupa, w ramach jakiegoś projektu unijnego. Skończyło się na tym, że po zjedzeniu obiadu przenieśliśmy namiot za ogrodzenie i nawet mogliśmy skorzystać z prysznica. Pewien niesmak jednak pozostał.

Kolejny dzień rozpoczął się od przeprawy promowej na drugą stronę Bugu. Pierwszy kurs promu był o godzinie 10. Pod sklepem w miejscowości Góry spotkaliśmy doszczętnie pijanego kierowcę traktora, któremu najwyraźniej skończył się alkohol podczas śniadania. Jednak nie dość, że rozwalił sobie głowę o swój pojazd, to jeszcze nie udało mu się uzyskać tego po co przyjechał. Mijaliśmy go później gdy postanowił zaparkować traktor wraz z przyczepą na środku drogi. Na drodze do Drażniewa mijaliśmy jeszcze sporo ciężkiego sprzętu, co jakby nie patrzeć, wiązało się z trwającym akurat okresem koszenia łąk.

Tego dnia korzystaliśmy już z mapy, która – jak się okazało – była już dość nieaktualna, pomimo że została wydana 4 lata temu. W Drażniewie skręciliśmy w stronę Bugu, chcąc pojechać czerwonym szlakiem pieszym, który według mapy zaczynał się po przejeździe przez rzekę Kałuża. Droga na mapie przekraczała dwie odnogi tej rzeki, a w rzeczywistości przejazd był tylko przez jedną. Trzeba było więc przenieść rowery w miejscu, w którym był najlepszy dostęp do rzeki, a znalezienie takiego wcale nie było łatwe. Za rzeką czerwonego szlaku nadal nie było. W pewnym miejscu jadąc zgodnie z mapą, wylądowaliśmy w miejscu, w którym były prywatne gospodarstwa. Bez trudu jednak dotarliśmy do mężenińskiego starorzecza, a później do drogi, z której zjechaliśmy jakieś dwie godziny wcześniej.

Dalsza podróż była już bardziej monotonna, częściowo za sprawą upału, który doskwierał nam przez wszystkie dni naszej wycieczki. W Kózkach spotkaliśmy miejscowego dziadka o wizerunku czarownika, który opowiedział nam o tym, jak bardzo wyludnia się jego wieś, odchodzą bliscy i że na co dzień może rozmawiać już tylko z traktorem. W końcu dotarliśmy do promu w Zabużu (prom kursował w zupełnie innym miejscu niż na mapie) i po przepłynięciu przez Bug byliśmy już w Mielniku. Tam zjedliśmy czebureki, draniki z mięsem i zupę kurkową. Zwłaszcza te pierwsze były bardzo duże, ale też bardzo dobre. Jedzenie umilali nam miejscowi, którzy przy alkoholu śpiewali mniej lub bardziej regionalne piosenki.

Po obiedzie zarezerwowaliśmy nocleg w okolicy Nurzca Stacji i wjechaliśmy na szlak Green Velo. Tuż przed Grabarką złapał nas deszcz, ale taki krótki opad w kontekście wszechobecnych upałów był nawet pożądany. W momencie gdy weszliśmy na teren prawosławnego sanktuarium, odbywało się tam nabożeństwo. Wrażenie zrobił na mnie ogromny ogród krzyży przyniesionych przez pielgrzymów, przypominający nieco Górę Krzyży nieopodal Šiauliai na Litwie. Do Nurzca Stacji dojechaliśmy w okolicach zmroku, ale tym razem nie musieliśmy rozkładać namiotu i gotować, bo nocleg był w prywatnej kwaterze.

Wieczorem opracowaliśmy plan na następny dzień. Cel był taki, żeby wieczorem być już w Warszawie. A to oznaczało, że czekała nas jedna lub dwie przesiadki w drodze powrotnej. Zapowiadało się na burzę, więc nie wiadomo było dokąd dokładnie uda nam się dojechać. Rano postanowiliśmy, że spróbujemy dojechać do Hajnówki. Dość szybko planowaliśmy wyjechać poza mapę, ale od Mielnika nie zjeżdżaliśmy już ze szlaku Green Velo, więc wystarczyło trzymać się oznaczeń.

Pomimo upału, pokonanie trasy do Kleszczeli zajęło nam dość niewiele czasu. W Rogaczach zatrzymaliśmy się na chwilę przy cerkwi. Przez Czeremchę przejechaliśmy z myślą, że jeszcze tam wrócimy pociągiem. Na nieco dłużej zatrzymaliśmy się w osobliwej miejscowości o nazwie Dobrowoda. Za Kleszczelami już na dobre wjechaliśmy w tereny obrzeży Puszczy Białowieskiej. W miejscowości Czechy Orlańskie zamieniliśmy kilka słów z napotkaną staruszką. W Dubiczach Cerkiewnych dojechaliśmy do ruchliwej szosy i nią mieliśmy pokonać ostatnie 15 km jakie nam zostało do Hajnówki. Pomimo dość sporego zapasu czasowego, nie udało nam się to.

W Pasiecznikach Dużych spostrzegliśmy nadchodzącą burzę. Znaleźliśmy gospodarstwo, w którym mogliśmy ją przeczekać. Zostaliśmy poczęstowani kawą i ptasim mleczkiem. Spędziliśmy tam ponad pół godziny na rozmowach z gospodarzami. Okazało się, że ich córka dopiero co wyjechała do Warszawy, gdzie mieszka na stałe. Postanowiliśmy nie dojeżdżać już do Hajnówki. Dzięki temu zdołaliśmy zrobić sobie obiad na stacji kolejowej w Orzeszkowie i zjeść go w pociągu. Konduktor był bardzo rozmowny i z tego co mówił wynikało, że za jakiś czas w tych okolicach już nikt nie będzie mieszkał. Mieliśmy przesiadki w Czeremsze i Siedlcach, a zamiast wysiąść na stacji Warszawa Śródmieście, wysiedliśmy w Sulejówku gdzie spotkaliśmy się ze znajomymi.

To był bardzo udany wyjazd, choć ciężki ze względu na panujące w ostatnim czasie wysokie temperatury. Mam nadzieję, że w niedalekiej przyszłości uda mi się wrócić do Puszczy Białowieskiej, odwiedzić Hajnówkę i nadbużańskie tereny leżące na południe od Mielnika i Zabuża.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *