Północna Norwegia – okolice Bodø i pierwszy kontakt z Lofotami

Jedna zwięzła forma wypowiedzi to z całą pewnością za mało, by ubrać w słowa tę mnogość wrażeń, jakich dostarczył nam zeszłoroczny czerwcowy wyjazd do Norwegii. Postanowiłem więc opisać tę podróż w trzech częściach. Pierwsza obejmuje wszystko co wydarzyło się do momentu, w którym zasypialiśmy w namiotach z widokiem na plażę Kvalvika i okoliczne góry.

Widok ze wzgórza Veten w kierunku południowym

Rozpocznę od miejsca, w którym spotkaliśmy się wszyscy po raz pierwszy. Z początku miałem na myśli port w Bodø, jednak pisząc te słowa przyszło mi do głowy, że tym miejscem był jednak Południk Zero. Punkt zbiorczy, który zwykle przewija się gdzieś w fazie planowania, dopiero po zakończeniu wyjazdu, albo przynajmniej gdzieś w trakcie rozmów. Wyjazd był skomplikowany logistycznie, tym bardziej że musiał sprostać oczekiwaniom całej czwórki jego uczestników: Ewy, Gosi, Piotrka i moim.

Widok z promu w kierunku Bodø

Ramy wyjazdu nakreślone zostały przez bilety kupione kilka miesięcy wcześniej. Do Bodø docieraliśmy niezależnie z Warszawy przez Gdańsk oraz z Göteborga. Powrót mieliśmy z Tromsø przez Gdańsk do Warszawy. Zarówno w jedną, jak i w drugą stronę, nie obyło się bez przygód. Zgodnie z planem, spotkaliśmy się jednak wszyscy w porcie w Bodø, gdzie mieliśmy pierwszą okazję żeby skosztować wafli z serem karmelowym. Do tego smaku wracałem z utęsknieniem przez kolejne miesiące.

Ci z nas, którzy przylecieli z Polski, byli w Norwegii już od poprzedniego dnia. Naszą pierwszą białą noc spędziliśmy kawałek drogi od Bodø. Prosto z lotniska udaliśmy się nad jezioro Vågøyvatnet. Po rozbiciu namiotów i zjedzeniu obiadu, odbyliśmy nocną wycieczkę na pobliskie wzgórze Veten, na którym znajduje się słynny punkt widokowy Keiservarden. Widoczność była bardzo dobra, więc mieliśmy pierwszą okazję do podziwiania słońca nisko nad horyzontem (Midnight Sun). Jak się okazało, była to jedna z nielicznych takich okazji na wyjeździe. Kolejnego dnia po śniadaniu udaliśmy się na spacer wokół jeziora Vågøyvatnet. Było bardzo pogodnie – temperatura przekraczała 20 stopni.

Podróż promem z Bodø do Moskenes przez zatokę Vestfjorden, trwała kilka godzin. Lofoty przywitały nas o wiele chłodniejszymi temperaturami. I to już się nie zmieniło do końca naszego pobytu tam. Kemping w Moskenes był najbardziej luksusowy z tych, na których spaliśmy. Jest położony nad samym morzem, w malowniczej okolicy. Jest na nim kuchnia turystyczna i elegancka łazienka, w której gra muzyka. Wszystko czego nam było potrzeba do szczęścia.

Około godziny 22 udaliśmy się na naszą pierwszą wycieczkę na Lofotach. Naszym celem była góra Kolfjellet o wysokości 316 m n.p.m. i oczywiście mieliśmy nadzieję zobaczyć z niej słońce. Niebo było nie w pełni zachmurzone, co pozostawiało nam nadzieję, że się uda. Po wejściu na szczyt rozkoszowaliśmy się widokami na morze, miejscowość Sørvågen i okoliczne góry. Minęło sporo czasu zanim słońce wyszło zza chmur. Wyszło dosłownie na kilka minut i było to jedno z tych unikalnych przeżyć, dla których jeździ się w takie miejsca jak Lofoty.

Lofockie góry w całej okazałości

Następnego rana na kempingu w Moskenes czekał na nas wypożyczony samochód. Dzięki niemu mogliśmy dostać się w odległe zakątki Lofotów bez konieczności dźwigania plecaków i torby z jedzeniem przywiezionym z Polski. Dzięki niemu też znosiliśmy znacznie lepiej deszczowe dni, takie jak ten. W pierwszej kolejności udaliśmy się do miejscowości Å. Ulewę postanowiliśmy przeczekać w niewielkiej piekarni, której wnętrze i klimat doskonale pasowały do naszych wyobrażeń o najbardziej oddalonej od stałego lądu rybackiej wiosce na Lofotach. Tam też widzieliśmy po raz pierwszy porozwieszane na żerdziach dorsze, tak charakterystyczne dla tego regionu. Ryby te eksportowane są potem do biedniejszych krajów jako sztokfisze.

Z Å rozpoczęliśmy podróż samochodem na wschód. Z wyspy Moskenesøya przejechaliśmy na sąsiadującą z nią Flakstadøyę. Na nieco dłużej zatrzymaliśmy się dopiero w miejscowości Nusfjord – jednej z najstarszych na Lofotach. Warto tam było przyjechać choćby po to by wejść do sklepu, który funkcjonuje jako muzeum – podobnie zresztą jak cała wioska. Nusfjord słynne jest również z powodu gry planszowej Uwe Rosenberga o takiej właśnie nazwie.

Plaża koło Ramberg

Po zjedzeniu obiadu nieopodal parkingu, udaliśmy się samochodem z powrotem na Moskenesøyę. Przejechaliśmy na nią okazałym mostem Fredvang bro, którym jak się okazało, w kolejnych dniach przejeżdżaliśmy jeszcze kilkukrotnie. Most ten pozwala na dostanie się w północno-wschodnie rejony wyspy Moskenesøya, których eksploracja była naszym celem na kolejne dwa dni (i noce). Samochód zostawiliśmy na parkingu i udaliśmy się na plażę Kvalvika. By do niej dojść musieliśmy podejść szlakiem ok. 150 m na przełęcz.

Fiord Torsfjorden i okoliczne góry widziane z podejścia pod przełęcz

Widok dzikiej plaży otoczonej z trzech stron górami, który czekał na nas na zejściu z przełęczy to jeden z tych, widoków których prędko się nie zapomina. Nocleg na plaży Kvalvika był bezkonkurencyjny jeśli chodzi o noclegi na całym wyjeździe. Jak się później okazało, był to nasz jedyny darmowy nocleg na Lofotach. Gdybyśmy nie mieli ograniczeń czasowych, zapewne zostalibyśmy tam kilka dni. W tym tekście takich ograniczeń nie ma. Dalszy ciąg naszych lofockich przygód znajdzie się w kolejnym wpisie.

Plaża Kvalvika i okoliczne góry

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *